Sytuacja na rynku pracy po lockdownie

Podziel się z innymi

Generalnie oficjalne dane wskazują, iż polski rynek pracy ma się całkiem dobrze i nie odczuł zbytnio ograniczeń wprowadzonych przez lockdown gospodarki w związku z epidemią wirusa SARS-CoV-2 wywołującego chorobę COVID-19. Jednak, gdy z bliska przyjrzeć się aktualnej sytuacji, okazuje się, iż rynek pracy wciąż boryka się z poważnymi skutkami zamknięcia gospodarki.

Jak zatem należy podejść do oceny aktualnej sytuacji na rynku pracy?

Patrząc tylko na liczby można odnieść wrażenie, iż polski rynek pracy wyszedł z epidemii II lockdownu niemalże bez szwanku. Zgodnie bowiem z najnowszymi szacunkami Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii, stopa bezrobocia wyniosła 6,0%, wobec 6,1% wynoszącej w maju bieżącego roku.

Zatem nie powróciła ona jeszcze do rekordowo niskich poziomów sprzed wybuchu epidemii (w 2019 roku wyniosła ona 5,4%), jednak jest już na zdecydowanie lepszym poziomie, niż w była chociażby w roku 2017, gdy wynosiła 7,3%.

Z kolei porównując obecną stopę bezrobocia do początków epidemii i ówczesnych prognoz wieszczących, iż na koniec 2020 roku jej wielkość wyniesie 10,0, a nawet w skrajnych przypadkach 13,0%, rzec można, iż obecna sytuacja jest bardzo dobra.

Jednakże niestety tak dobrze nie jest, a na niską stopę bezrobocia wpływ miało kilka czynników, jak chociażby:

  • wiele małych i średnich przedsiębiorstw pozostawało de facto na utrzymaniu państwa (pomoc w ramach tarcz antykryzysowych)
  • pracujący rodzice uniknęli zwolnienia ze względu na zasiłki opiekuńcze, nie będąc w czasach największego kryzysu obciążeniem dla pracodawców

Ta sytuacja sprawiła, iż na tle innych państw europejskich wypadamy dobrze, ze stopą bezrobocia od roku oscylującą wokół 6,0%. To zdecydowanie lepszy rezultat, niż chociażby w Irlandii czy też Hiszpanii, gdzie stopa bezrobocia sięgała nawet 15,0%.

Co zatem spowodowało, iż poziom bezrobocia udało się utrzymać w Polsce na niskim poziomie?

Niewątpliwie podstawowym powodem była duża ilość gotówki wpompowana przez państwo do gospodarki – szacuje się, iż łączna pomoc państwa wyniosła od 250 do 300 mld zł. Jednakże nie tylko pieniądze odegrały tu ważną rolę.

Jak bowiem ocenia Monika Fedorczuk, ekspert ds. rynku pracy w Konfederacji Lewiatan, już nawet w okresie przed epidemią przedsiębiorcy nie byli zbyt skorzy do zwolnień pracowników, gdyż mieli świadomość trudności jakie jeszcze kilka miesięcy wstecz mieli z pozyskaniem wykwalifikowanych pracowników. I zdawali sobie sprawę, iż po powrocie gospodarki do normalności szanse na znalezienie personelu za podobne wynagrodzenie będą niewielkie.

Z kolei Andrzej Kubisiak, wicedyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE), zauważa, iż wiosną ubiegłego roku widać było dużą mobilizację zarówno ze strony pracodawców, jak i pracowników. Zatrudnieni akceptowali bowiem nawet obniżki wynagrodzeń, chociaż w historii Polski są przypadki, w których ludzie nawet w obliczu krachu gospodarczego nie chcieli się na to godzić.

Poza tym łagodniejsze przejście przez kryzys zapewnił naszemu rynkowi odpływ obcokrajowców. Szacuje się, iż na początku epidemii z naszego kraju wyjechało około 250 tys. pracowników. To zaś sprawiło, iż nie było tak dużej liczby nadwyżki pracowników.

Obecnie zaś to się zmienia i już co czwarte przedsiębiorstwo w Polsce zamierza zatrudnić pracowników ze Wschodu w przeciągu najbliższych 12 miesięcy. Poza tym, na co zwraca uwagę Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert rynku pracy, co trzeci przedsiębiorca deklaruje, że chętnie zapłaci więcej doświadczonemu pracownikowi z Ukrainy niż Polakowi, byle go tylko przyciągnąć.

Co zatem jest obecnie cechą charakterystyczną polskiego rynku pracy?

Generalnie można powiedzieć, iż na polski rynek pracy powrócił problem znany na nim z czasów sprzed wybuchu epidemii i lockdownu, mianowicie brak pracowników. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) liczba wolnych miejsc pracy w Polsce na koniec I kwartału bieżącego roku wyniosła 110,2 tys. To o 25,8 tys. (czyli ponad 30,0%) więcej, niż jeszcze 3 miesiące wcześniej.

Obecnie natomiast już niemalże co trzecie przedsiębiorstwo zamierza poszukiwać nowych pracowników. Przypomnieć w tym miejscu warto, iż w szczytowym okresie epidemii takich przedsiębiorstw było około 14,0% i ich liczba była niemal równa liczbie przedsiębiorstw planujących zwolnienia.

Jak zauważa Mateusz Żydek, rzecznik Randstad Polska, na rynku jest coraz więcej sygnałów o wyzwaniach związanych z rekrutacją. I dotyczy to przede wszystkim obszarów o dużym nasyceniu większymi zakładami pracy, jak i centrami logistycznymi. Zresztą tam także w okresie epidemii stopa bezrobocia należała do rekordowo niskich nie tylko w skali Polski, ale i całej Europy. W tym kontekście należy wspomnieć o Wielkopolsce, Dolnym Śląsku i Śląsku, szczególnie w dużych aglomeracjach i ich pobliżu. Przedsiębiorcy poszukiwali tam nie tylko specjalistów czy techników, lecz również osoby na podstawowe stanowiska w produkcji czy centrach magazynowych.

Obecnie na brak pracowników, oprócz branż wymagających doświadczonej załogi, narzekają przedsiębiorstwa kurierskie i budowlane. Zdaniem doktora Damiana Kaźmierczaka, głównego ekonomisty Polskiego Związku Pracodawców Budowlanych, polskie przedsiębiorstwa muszą teraz rywalizować o pracowników z krajami ościennymi. Natomiast posiłkowanie się obcokrajowcami napotyka na bariery, gdyż przeszkodą jest brak spójnej polityki migracyjnej polskiego rządu. Poza tym nie bez znaczenia jest też rosnąca presja płacowa.

Czy zatem polska gospodarka wraca na właściwe tory, po epidemii i lockdownie?

Okazuje się, iż raczej tak, czego dowodem są dane na temat zarobków. Otóż według GUS przeciętne wynagrodzenie wyniosło w I kwartale bieżącego roku 5.681,56 zł brutto. W stosunku do roku ubiegłego oznacza to wzrost o 6,6%, czyli 350,00 zł. W maju bieżącego roku w odniesieniu do sytuacji sprzed roku mamy do czynienia z wzrostem pensji o 10,1%.

Poza tym prognozowane są dalsze wzrosty płac i tak:

  • w czerwcu o 10,0% porównując rok do roku
  • w kolejnych miesiącach o 8,0 – 9,0% rok do roku

Dynamika wzrostu płac idzie w parze z rosnącą liczbą nowych miejsc pracy, a pracodawcy przejawiają coraz większą skłonność do zwiększania zatrudnienia.

Powyższe nie oznacza jednak, iż nikt już nie odczuwa skutków epidemii. Podstawowym problemem jest obecnie rozrastająca się szara strefa. Świadczyć o tym może szybki wzrost gotówki w obiegu, lecz też i dane z poszczególnych sektorów gospodarki.

Zdaniem Andrzeja Kubisiaka w okresie epidemii do rolnictwa, w którym zatrudnienie spadało nieprzerwanie od 20 lat, przeszło około 100 tys. osób. I nakłonienie tych ludzi do powrotu może okazać się niebywale trudne. Znamienne jest też to, iż dane o wzroście wynagrodzenia pokazują tylko wycinek rzeczywistości. Przeciętne wynagrodzenie za kwiecień i maj bieżącego roku pokazuje zmianę w tym aspekcie w porównaniu z kwietniem i majem roku ubiegłego, gdy były to najtrudniejsze okresy epidemii i lockdownu. Poza tym, zdaniem Andrzeja Kubisiaka, zauważalne jest jeszcze inne zjawisko, mianowicie rynek pracy stał się bardzo nierówny. Część branż z szeroko rozumianą informatyką na czele ekonomicznie zyskała na epidemii, lecz wiele nadal nie powróciło do dawnych zarobków i znacznie ucierpiało finansowo.

Jakie są zatem perspektywy na przyszłość polskiego rynku pracy?

Niewątpliwie bolączką rodzimego rynku pracy są duże rozwarstwienie i nierówności. Osoby, które odnalazły się w cyfrowej rewolucji bądź pracują w zyskujących w czasie lockdownu branżach, niewątpliwie będą korzystać, zwłaszcza, że na rynku jest niewiele osób mogących ich zastąpić. Zatem oni będą negocjować wynagrodzenia i zmieniać stanowiska na lepiej płatne.

Natomiast na drugim biegunie pozostają osoby z różnych powodów wykluczone cyfrowo i odczuwające na swych stanowiskach pracy presję automatyzacji. I pensje takich osób coraz częściej haczyć będą o próg płacy minimalnej.

Zresztą kłopoty rzeczywistości postpandemicznej szczególnie widać obecnie u osób młodych, gdyż ich aktywność zawodowa spadła o 4,0%. To niestety okrutne, lecz pracodawcom najłatwiej było z nich zrezygnować i w przyszłości załatać braki kadrowe, ponieważ takie osoby najczęściej wykonują najprostsze zajęcia. Poza tym epidemia uderzyła w ofertę staży i praktyk, a zamrożenie restauracji i turystyki pozbawiło wielu młodych ludzi możliwości podjęcia pracy dorywczej. I na to nałożyła się również niższa mobilność, gdyż skoro młode osoby nie wyjechały na studia, to nie opuszczały rodzinnych domów, by poszukiwać pracy.

Obecnie natomiast okazuje się, iż młode osoby nie chcą już wracać do tego co było przed epidemią, ceniąc sobie bardziej spokój i stabilizację. Jak wynika z czerwcowego raportu przedsiębiorstwa consultingowego PwC, aż 81% młodych Polaków z pokolenia Z (czyli z końca lat 90-tych i początków XXI wieku) przedkłada etat nad działalność na własny rachunek. Jednocześnie niemalże 60% wskazuje, iż woli równowagę między życiem zawodowym i osobistym aniżeli wysokie zarobki. To sprawić może, iż ich chęć poszukania pracy dorywczej i sezonowej nie będzie tak wysoka.

Jak tłumaczy jeden z tegorocznych absolwentów technikum gastronomicznego (pracujący w ubiegłym roku dorywczo jako kelner), praca w restauracji była bardzo nerwowa i nie rekompensowały tego nawet wysokie napiwki. Obecnie pracuje w sklepie i nawet jeżeli zdecyduje się na studia zaoczne, to nie obawia się już potencjalnego jesiennego lockdownu i ponownego zamknięcia branży gastronomicznej.

Generalnie brak młodych osób szczególnie mocno odczuwalny jest w branżach, które do tej pory były tradycyjnym miejscem ich zatrudnienia, jak gastronomia i turystyka. Obecnie jednak młode osoby nie chcą tam wracać, a powody są chociażby takie, jak:

  • niskie pensje
  • znaczna część wynagrodzenia jest wypłacana pod stołem
  • napiwki są skromne, gdy jest mało gości

Stąd też część osób młodych wybiera obecnie inne prace, chociażby w sklepach. Tam bowiem wiedzą, ile zarobią, a pieniądze otrzymają na czas. W branży gastronomii i turystyki pojawia się zatem spora luka kadrowa.

Jak zauważa Paweł Świderski, dyrektor operacyjny w OLX Praca, obecnie w serwisie ogłoszeniowym jest około 25 tys. ogłoszeń dotyczących branży gastronomicznej. W ubiegłym roku o tej porze było to niespełna 10 tys. ogłoszeń (jednak byliśmy w trakcie epidemii), jednakże rok wcześniej było to około 20 tys. ogłoszeń. W roku obecnym zauważalny jest poważny problem z odpowiedziami na ogłoszenia, a chętnych do pracy w tym sektorze jest zdecydowanie mniej niż przed dwoma laty.

Niewątpliwie losy gospodarki i rynku pracy zależą od sytuacji epidemicznej i potencjalnej kolejnej fali zakażeń. Stąd też doprawdy jednoznacznie trudno oceniać, jak będzie to wyglądać za kilka miesięcy. Na pewno epidemia nauczyła wiele osób, iż z pokorą należy podchodzić do prognoz i przyszłości.

Podsumowując, pomimo, iż dane liczbowe mówią nam o tym, iż polski rynek pracy ma się bardzo dobrze i z epidemii wyszedł niemalże bez szwanku, to już głębsze analizy wskazują, iż nie wszędzie i nie dla wszystkich jest tak samo dobrze. Wprawdzie stopa bezrobocia, wzrost przeciętnego wynagrodzenia i liczba wakatów świadczą o powrocie rynku pracownika, tym niemniej coraz bardziej widoczny jest podział tegoż rynku i rozwarstwienie. Regiony bogatsze i pracownicy będący specjalistami wręcz dyktują już warunki na rynku, z drugiej jednak strony rośnie grono osób, dla których cyfrowa rewolucja i automatyzacja okażą się elementem spychającym ich na margines społeczeństwa.

Nasz wynik:
[Total: 0 Średnia: 0]